Waldemar Siwiński: Czarnobyl wyznaczył swoistą linię graniczną w historii rozwoju nauki i techniki

 

Buńczuczne zawołanie Kennedy’ego:
„Zdobędziemy Księżyc, bo chcemy i jesteśmy w stanie to zrobić” –
stało się symbolem determinizmu technologicznego,
wyznaniem wiary wielu milionów ludzi na całym świecie.
Dzięki technice można osiągnąć wszystko,
to tylko kwestia koncentracji sił i środków – wołali kapłani nowej wiary.
Gdy coś nie wyszło tak jak chcieli – spadło, zawaliło się, utonęło, spaliło się, zatruło, wybuchło –
było pod ręką zaklęcie o „nieuniknionej cenie postępu”.
Nie patrzyliśmy zbyt uważnie na ręce naukowcom i inżynierom.
A oni, w zadufaniu, też przestali zauważać, że stworzyli nową jakościowo cywilizację…
Czarnobyl nas z tej beztroski obudził.

[Waldemar Siwiński]

 

*   *   *

Co łączy Fundację Edukacyjną Perspektywy z Czarnobylem i katastrofą sprzed 40 lat? Dlaczego nowe technologie są tym, co nas napędza, inspiruje, rozpala wyobraźnię i motywuje do działania: łamania stereotypów, przekraczania społecznych barier i rozbijania szklanych sufitów? I dlaczego akurat w tym roku jednym z wiodących tematów nadchodzącego Perspektywy Women in Tech Summit – największej w Europie konferencji (nie tylko) dla kobiet w technologiach – jest energetyka jądrowa?

Odpowiedź prowadzi do człowieka, bez którego nie byłoby ani Fundacji Edukacyjnej Perspektywy, ani całej tej filozofii myślenia o edukacji, nauce i technologii – do Waldemara Siwińskiego. Z wykształcenia inżynier, absolwent Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej, z wyboru dziennikarz i człowiek, który od początku rozumiał, że przyszłość buduje się nie tylko przez technologie, ale przez ludzi, którzy potrafią je tworzyć. W latach 80. współtworzył legendarnego „Bajtka”, jedno z najważniejszych pism komputerowych tamtej epoki. W 1998 roku zaczął wydawać miesięcznik “Perspektywy”, a chwilę później założył Fundację Edukacyjną Perspektywy. Był dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej, a w latach 2003-2006 prezesem zarządu PAP.

Ale zanim powstały rankingi szkół średnich i uczelni, zanim narodziły się Perspektywy i idea nowoczesnego myślenia o edukacji, był Czarnobyl. Po katastrofie z 26 kwietnia 1986 roku Siwiński pojechał tam jako jedyny polski dziennikarz obserwujący Proces Czarnobylski – proces ludzi oskarżonych o doprowadzenie do największej awarii w historii energetyki jądrowej. Wielokrotnie wjeżdżał do zamkniętej strefy, rozmawiał z likwidatorami, inżynierami, lekarzami i świadkami wydarzeń. Dotarł pod sam sarkofag reaktora. Z tych doświadczeń powstała książka „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” – pierwsza polska książka poświęcona katastrofie w Czarnobylu i jedno z najważniejszych reporterskich świadectw tamtego czasu.

[fot. Tomasz Róg]

Wywiad z Waldemarem SIwińskim w 40. rocznicę katastrofy w Czarnobylu możecie przecztać TUTAJ.

Waldemar Siwiński wspomina:

„W poniedziałek 28 kwietnia 1986 roku usłyszałem w wieczornym dzienniku telewizyjnym informację o awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Było to dla mnie szokiem. Wychowałem się, podobnie jak większość kolegów z roczników urodzonych w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, w zafascynowaniu możliwościami, jakie otworzyła przed człowiekiem rewolucja naukowo-techniczna. Żeby być bliżej jej procesów, ukończyłem nawet w swoim czasie studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Wybrałem ostatecznie zawód dziennikarza, ale zaufanie do nauki i techniki pozostało. Komunikat o wybuchu IV bloku położył na tej fascynacji cień. Zacząłem zbierać wszystkie publikacje, jakie na temat Czarnobyla ukazywały się lawinowo na Wschodzie i Zachodzie. Dotarcie do prawdy o katastrofie stało się dla mnie w pewnym momencie nie tylko dziennikarskim obowiązkiem, ale również sprawą jak najbardziej osobistą”.

Po raz pierwszy wjechałem w trzydziestokilometrową strefę zamkniętą wokół Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej 16 kwietnia 1987 roku. Potem wjeżdżałem w „zonę” wielokrotnie, m.in. jako jeden z dziesięciu dziennikarzy zagranicznych, w tym jedyny Polak, uczestniczyłem w Czarnobylu w procesie winnych awarii. W sumie, żeby zebrać materiały do tego reportażu, przebywałem w Związku Radzieckim siedem tygodni. Aby zrekonstruować przebieg wydarzeń związanych z największą awarią w trzydziestoletniej historii energetyki atomowej, rozmawiałem z setkami osób: z inżynierami, którzy byli w elektrowni podczas wybuchu reaktora, ze strażakami, którzy gasili pożar, z żołnierzami zajmującymi się dezaktywacją terenu. z przedstawicielami władz partyjnych i administracyjnych. W Moskwie dotarłem do wiceprzewodniczącego komisji państwowej do spraw awarii, na Białorusi i Ukrainie spotykałem się z wicepremierami i ministrami.

Byłem w samej elektrowni; dotarłem tak blisko, jak tylko można, do sarkofagu skrywającego szczątki reaktora IV bloku. Byłem w radzieckich instytutach badań jądrowych oraz w szpitalach i placówkach naukowych, zajmujących się medycznymi konsekwencjami katastrofy. Mieszkałem w Zielonym Mysie – nowym osiedlu zbudowanym dla przyjeżdżających na dwutygodniowe wachty czernobylskich energetyków. Odwiedziłem wioski na Ukrainie i Białorusi zbudowane w ciągu kilku tygodni dla tysięcy osób ewakuowanych ze skażonej strefy…

Napisałem książkę „Czarnobyl. Od katastrofy do procesu”, opublikowałem wiele reportaży w „Polityce” i „Sztandarze Młodych”, obsługiwałem dla Polskiej Agencji Prasowej proces czarnobylski…

Moim zdaniem, Czarnobyl wyznaczył swoistą linię graniczną w historii rozwoju nauki i techniki. Do tej pory byliśmy świadkami „rozwoju poprzez katastrofy”. Najbardziej było to widoczne w wiekach średnich, gdy kapitanowie sami byli budowniczymi swoich okrętów. Zły konstruktor tonął, dobry zostawał i – upraszczając – tak odbywał się postęp. Do momentu awarii w Czarnobylu nic się właściwie w tej filozofii nie zmieniło. Złe samoloty spadały – budowano lepsze. Źle skonstruowane budynki zawalały się – budowano lepsze. Koszty ludzkie takiego rozwoju przyjmowano za nieuniknione.

Czarnobyl pokazał jednak, iż człowiek stworzył tak potężne urządzenia i systemy inżynieryjne, że ich awaria może być równoznaczna z zagładą ludzkości. Energetyka jądrowa już się poprzez katastrofy rozwijać nie może! Dotyczy to nie tylko energetyki atomowej, ale również dużych systemów komputerowych sterujących ruchem lotniczym w skali kontynentów, systemów technicznych zabezpieczających funkcjonowanie wielkich miast, przedsiębiorstw przemysłu chemicznego i biotechnologii. Czarnobyl pokazał, że nie wystarczy już dzisiaj zbudować system technologiczny, pracujący z niewyobrażalną nawet aktualnie niezawodnością 0,9999… Trzeba nauczyć się budować takie systemy, które jeśli nawet ulegną awarii, to z racji swej wewnętrznej konstrukcji zapewnią to, że awaria nie zdoła przekształcić się w katastrofę – mówi Waldemar Siwiński.

 

Tak jak podkreśla Waldemar Siwiński – nie wystarczy już budować systemów „niemal niezawodnych”, opartych na statystycznym prawdopodobieństwie bezpieczeństwa. Trzeba projektować je tak, by nawet w przypadku awarii nie mogły przekształcić się w katastrofę. Bezpieczeństwo przestaje być dodatkiem do innowacji – staje się jej warunkiem. I właśnie ta filozofia stoi dziś u podstaw rozmowy o nowoczesnej energetyce jądrowej.

Dlatego temat atomu wraca na Perspektywy Women in Tech Summit 2026 nie jako nostalgiczne wspomnienie Czarnobyla, ale jako jedno z najważniejszych pytań o przyszłość Europy. Jak budować technologie, które zapewnią bezpieczeństwo energetyczne, stabilność państw i odpowiedź na kryzys klimatyczny – bez powtarzania błędów XX wieku? To nie jest już rozmowa wyłącznie o reaktorach, ale przede wszystkim o odpowiedzialności. I dokładnie dlatego Perspektywy od lat inwestują w ludzi, którzy będą tę odpowiedzialność nieść: naukowczynie, inżynierki, liderki technologii, kobiety obecne tam, gdzie zapadają decyzje o przyszłości świata.

 

A poniżej publikujemy fragmenty wspomnień Waldemara Siwińskiego z podróży po Związku Radzieckim:


Krótki Kurs Dozymetrii.

16 kwietnia 1987, rok po katastrofie w Czarnobylu znalazłem się w Barszczewce, najbardziej skażonym radioaktywnie miejscu Białorusi. Dzisiaj to ”Poleski rezerwat radiacyjno-ekologiczny”.

Ponieważ przechodził właśnie patrol wojsk chemicznych poprosiłem żołnierzy o podanie danych o skażeniu tego miejsca. W oczach moich opiekunów pojawiło się przerażenie, poziom skażenia był bowiem wówczas traktowany jako jedna z największych tajemnic imperium… Ale po kolei. Oto kolejny fragment notatek z mojej podróży:

„Jedziemy do Barszczewki. Jedynym mieszkańcem tej liczącej rok temu 350 obywateli wsi pozostał bociek, który powrócił do gniazda na słupie telegraficznym obok zamkniętego na dwie kłódki sklepu z szyldem „Produkty”. Drewniane, podniszczone domy Barszczewki wywierają ponure wrażenie. Pod jabłoniami w przydomowych ogrodach leży od jesieni gruba warstwa brązowych, gnijących owoców. Ich miąższ, a jeszcze bardziej pestki, okazały się gąbką wchłaniającą izotopy cezu i strontu… Znów więc, jak podczas biblijnego kuszenia Adama i Ewy, jabłko stało się owocem zakazanym.

Pod okapami równo ułożone sągi połupanego na opał drewna. Żadne z tych polan nie trafi jednak do pieca i nie ogrzeje białoruskiej izby. I dym, i popiół zawierałyby bowiem zbyt dużo radionuklidów. Do tej wioski życie już nie wróci. Co jakiś czas wpadają tylko na krótko, po uzy-skaniu zezwolenia od majora Zielonego, mechanizatorzy z barszczewskiego kołchozu, aby z wnętrza porzuconych kombajnów, siewników i przyczep wymontować potrzebne im części za-mienne i zabrać je -jeśli oczywiście nie okażą się zbyt „brudne”.

W środku Barszczewki skręcamy w lewo, w wysypaną żwirem i tłuczniem polną drogę. Prowadzi do tamy na kanale pochońskim. Rok temu tamy nie było. Powstała jako jedna ze 138 budowli hydrotechnicznych, mających ochraniać wody Prypeci i Dniepru. Od Moskwy po Chojniki bardzo bano się wiosennej fali powodziowej. Jej szczyt przypadł na 14 kwietnia, ale okazał się na szczęście o wiele niższy od oczekiwanego. Choć i ten maksymalny nie mógł przynieść szkód, gdyż parametry tamy, jej wysokość i długość, dobrano właśnie pod tym kątem. Z ponad sześciuset metrów jej długości dokładnie 164 metry przypada na część filtrującą. Jest ona zbudowana z ławy kamiennej, na której ułożono grubą warstwę tufu – przywiezionych aż z gór Armenii drobnych skał mających właściwość pochłaniania spłukiwanego z pól radioaktywnego pyłu.
Przy tamie spotykamy Wiktora Korotkiego, naczelnika chojnickiego zarządu melioracji, i Anatolija Krasuckiego z Instytutu Gospodarki Wodnej w Mińsku. W ich towarzystwie idziemy obejrzeć skuteczność filtracji. Po lewej stronie nasypu szeroko rozlana tafla sztucznego zalewu. Woda w nim mętna, pełna zawiesin. Z prawej strony wypływają z tufowych kamyków przezroczyste strumyki. Inżynier Krasucki informuje, że wykonywane kilka razy dziennie pomiary wykazują jej pełną czystość. Niezależnie od cywilów radioaktywność wody sprawdza regularnie wojsko. Wracając z tamy napotykamy idący dokonać kolejnych pomiarów patrol żołnierzy wojsk chemicznych.
– Bardzo świeci? – pytam.
– Sprawdźcie sami – proponuje major.
Biorę od idącego z nim szeregowca przyrząd DP-5 (takich właśnie przyrządów, skądinąd najbardziej rozpowszechnionych, zabrakło krytycznej nocy w elektrowni). Wieszam na szyi pudełko pomiarowe, ustawiam przełącznik na najczulszy zakres, a prawą ręką zaczynam manipulować sondą: niżej i wyżej.
– Nie tak, bardziej przy ziemi – koryguje moje ruchy żołnierz w furażerce. Przechodzę błyskawiczny kurs techniki pomiarów.

Technika pomiaru promieniowania… To, o czym na Wielkiej Ziemi nikt z nas nie pomyślałby nawet, że istnieje, okazuje się w zonie umiejętnością tak podstawową, jak posługiwanie się nożem i widelcem. Tło promieniowania wynosi na tamie 0,1 milirentgena na godzinę. Czyli – jest czysto. Bo wprawdzie 0,1 milirentgena to cztery razy więcej, niż tu było do awarii, ale o wiele poniżej dopuszczalnych norm.

Czarnobyl, coraz bliżej do sarkofagu…

 

21 kwietnia 1987 pożegnałem Homelszczyznę i okrężną drogą przedostaliśmy się na Ukrainę. Zakwaterowano nas w Zielonym Mysie (Zielonym Przylądku), zapleczu administracyjno-noclegowym dla osób pracujących w systemie wachtowym, zbudowanym tuż przed granicą 30. kilometrowej strefy specjalnej.
Ale wróćmy do zapisków sprzed 39 lat:
„Podobnie jak na Białorusi, również i na Ukrainie wjazd w zonę i jej okolice jest ściśle reglamentowany. Stutrzydziestokilometrową trasę Kijów – Czarnobyl mogą przebyć tylko pojazdy i osoby dysponujące specjalnymi przepustkami. Do znajdującego się mniej więcej w połowie drogi miasta rejonowego Iwankowo nie widać żadnych oznak związanych z awarią. Dwadzieścia kilometrów dalej spotykamy dochodzące prawie do szosy obozowiska wojskowe. Wzorowy porządek: równo poustawiane kolumny wozów technicznych, gładko naciągnięte ściany dwudziestoczteroosobowych ocieplanych namiotów, duże baraki z blachy falistej i drewna, wybetonowane drogi dojazdowe i wyasfaltowane alejki – widać, że pobyt tutaj zaplanowano nie na miesiąc czy dwa.
W okolicy wsi Ditiaki z daleka widać biało-czerwone szlabany, znaki „Stop” oraz sznur ciężarówek, wokół których uwijają się udzie z dozymetrami. Na stojącej przy drodze tablicy informacyjnej napis: „CZARNOBYL – 21, PRIPIAT – 37″. Wczesną wiosną trzeba wysilić wzrok, aby zobaczyć odchodzący od obu stron szosy kolczasty płot. Latem za to granica jest wyraźna: kończy się sięgające po horyzont pole kwitnących kartofli, a zaczynają odgrodzone kolczastym drutem odłogi. Z bujnej trawy wyrastają w wielu miejscach kłosy pszenicy. To samosiejki z nie zebranych zeszłorocznych plonów. Ta ziemia będzie leżała odłogiem wiele lat. W Ditiakach wjeżdżamy bowiem w strefę zamkniętą. Stałym jej elementem są znaki ostrzegawcze z „promieniotwórczą” koniczynką i napisami: „Uwaga! Skażone pobocze!”, oraz opuszczone, zarastające bujnym zielskiem wsie.
Przed samym Czarnobylem mijamy z lewej strony opuszczoną fermę z pomnikiem młodzieńca mocującego się za rogi z dorodnym buhajem. Trochę dalej wyrasta tablica wjazdowa do miasta, uwieńczona u góry kamiennym modelem atomu z nachylonymi w różnych płaszczyznach orbitami elektronów. Miasto energetyków. Miasto atomu. Jeszcze do niedawna brzmiało to tak dumnie…
Czarnobyl, mimo że wysiedlony, pełen jest ludzi. Wszystkie nadające się do zamieszkania lokale przekształcone zostały w internaty. Mieszkają w nich przyjeżdżający na dwutygodniowe wachty pracownicy wielu przedsiębiorstw. W mieście trwają prace porządkowe. Część robotników i żołnierzy pracuje w białych maseczkach przeciwpyłowych, mniej więcej jeden na czterech.
W centrum Czarnobyla funkcjonuje urząd pocztowo-telefoniczny (kolejki przed kabinami rozmów międzymiastowych) oraz sklep Wojentorgu. W gmachu rejonowego komitetu partii ulokowała się grupa operacyjna ministerstwa obrony, natomiast w budynku rejonowego komitetu wykonawczego rady deputatów ludowych urzęduje dyrektor Zjednoczenia „Kombinat”, czyli człowiek, któremu podlega wszystko, co dzieje się na terenie zony. Protokół nakazuje, aby pobyt w zonie rozpocząć od wizyty u gospodarza.
Człowiek nr 1 nazywa się Jewgienij Ignatienko, ma 47 lat i opinię jednego z najbardziej doświadczonych menedżerów radzieckiej energetyki jądrowej. Po ukończeniu Politechniki Leningradzkiej pracował kilka lat w słynnym Instytucie Fizyczno-Technicznym im. Joffego. Ma na swym koncie odkrycie czterech izotopów. Był na stażu naukowym w CERN, w Szwajcarii. Potem, jak sam żartuje, doszedł do wniosku, że nauka akademicka jest nie dla niego, gdyż nie ma cierpliwości, aby czekać tysiąc lat na wdrożenie wyników swych prac! Wciągnęło go uruchamianie nowych obiektów energetyki jądrowej. Uruchamiał bloki: „Kola I”, „Armenia I”, „Zaporoże I”.
– Pierwszy sarkofag na świecie też ja zbudowałem – dorzuca do tej wyliczanki. Przyleciał do Pripiati pierwszym samolotem, rankiem 26 kwietnia. – I od tej pory – robi łobuzerską minę – codziennie dokonujemy tu kolejnych wyczynów!
Zjednoczenie „Kombinat” utworzone zostało dla koordynowania wszystkich prac w zonie. Podlega mu wielkie przedsiębiorstwo robót dezaktywacyjnych, zarząd służb dozymetrycznych, przedsiębiorstwa pomocnicze. Jedną z jednostek składowych „Kombinatu” jest Czarnobylska Elektrownia Atomowa. W sumie pracuje w „Kombinacie” około ośmiu tysięcy ludzi. Aby ich wyżywić, w samym tylko Czernobylu uruchomiono 7 stołówek. Ta, w której jadałem, urządzona została w byłej stacji obsługi samochodów Żiguli. Codziennie korzysta z niej trzy i pół tysiąca osób.
W rok po awarii priorytety Zjednoczenia „Kombinat” wyglądały następująco: zakończenie dezaktywacji i uruchomienie III bloku Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej, zebranie i ukrycie w mogilnikach najbardziej skażonych części z terytorium zony oraz jak najszybsze oddanie do użytku Sławuticza – nowego miasta energetyków, wznoszonego 60 kilometrów na wschód od elektrowni, a nazwanego tak od starożytnej nazwy Dniepru.
„A wie pan – uśmiecha się tajemniczo Ignatienko – że po raz pierwszy byłem w Czarnobylu 5 marca 1986, na półtora miesiąca przed katastrofą. Przyjechałem sprawdzić, jak idą prace przy V bloku, kiedy będę mógł go uruchomić. Dojeżdżając wieczorem do elektrowni, doszedłem do wniosku, że jest to moment szczególny. 5 marca to przecież rocznica śmierci „wożdia” – Stalina. Tego też dnia rozpoczynał się według buddyjskiego kalendarza rok tygrysa. A po trzecie, gdy już zapadał wieczór, nad elektrownią pojawiła się kometa Halleya! Tyle oznak musiało doprowadzić do czegoś złego… Tak sobie wówczas durnie myślałem jadąc samochodem: Coś złego się stanie – oby nie tutaj!”
A jednak?
Nazwa „Czarnobyl” pochodzi z języka staroukraińskiego i oznacza „piołun”. Dla osób wierzących w proroctwa można w tym miejscu przytoczyć fragment z „Apokalipsy” świętego Jana Apostoła (rozdział VIII, wersy 10, 11 w tłumaczeniu Jakuba Wujka): „I zatrąbił Anioł trzeci, i spadła z nieba gwiazda wielka, gorejąca jak pochodnia, i upadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy nazywają Piołun: i obróciła się trzecia część wód w piołun, a wiele ludzi pomarło od wód, iż gorzkie się stały…”
Czarnobyl znaczy piołun.

Gorzki jest jego smak.”

Krajobraz po awarii
Złoty korytarz zna każdy, kto odwiedził Czarnobylską Elektrownię Atomową. Ja poznałem go 24 kwietnia 1987 roku, dwa dni przed pierwsza rocznicą katastrofy.
Jak zanotowałem wówczas:
„Doczekałem się! W towarzystwie moich opiekunów jadę do serca zony, do elektrowni. W Zielonym Mysie dostaliśmy kombinezony robocze, „jednorazowe” białe buty na gumowej podeszwie, białe czapeczki i zapas maseczek przeciwpyłowych jednorazowego użycia. Tak wyekwipowani, już jako „ludzie stąd”, będziemy mogli dotrzeć pod sam sarkofag.
– Po co te maski? Czyżby trzeba było chodzić w nich po elektrowni? – pytam.
– Ależ skąd! – odpowiada Aleksander Karasiuk. – Wnętrze elektrowni jest czyste. Jedyne, co nam może grozić, to pył na drodze między Czarnobylem a Pripiatią. Radzę założyć!
Wołodia Diergun kręci przecząco głową: – Nie założę „lepiestka”. Po co?!
Wśród zdjęć znajdujących się w służbowym gabinecie Wołodi na kijowskim Kreszczatiku widziałem fotografię zrobioną w trzy miesiące po awarii. Wołodia, ubrany w biały kombinezon, stoi 20 metrów przed odkrytymi ruinami reaktora. W tym miejscu było wówczas 60 rentgenów na godzinę. – Byłem krótko – usprawiedliwia się Wołodia – to ileż mogłem dostać? Nie ma o czym mówić!
Uśmiechamy się nonszalancko, dając do zrozumienia, iż wszystko jasne: Aleksander ma obowiązek dbać o nasze bezpieczeństwo, więc stara się zabezpieczyć gości przed ryzykiem, nawet najmniejszym. Ale potem ta nasza odwaga i pewność siebie znacznie zmaleją.
Szesnastokilometrowa droga z Czarnobyla do elektrowni to zarazem swoista podróż w czasie; wydarzenia dwunastu miesięcy pozostawiły tu bowiem trwały ślad. Aby poszerzyć szosę wycięto przydrożne drzewa. Na ich miejsce nasypano czystego tłucznia i wylano asfalt. Pędzi teraz po nim prawie nie kończący się ciąg betonowozów, ciężarówek, wozów strażackich i wojskowych, gazików służb dozymetrycznych, szarych i czarnych wołg z kijowską rejestracją.
O ile wjazd w zonę od strony Białorusi, oddzielonej od elektrowni szerokim korytem Prypeci, pozostawia przejmujące wrażenie wjazdu do wymarłego kraju, to na Ukrainie jest inaczej. Tu tętni życie wielkiej budowy: tysiące ludzi codziennie rozpoczynają pracę, tysiące pojazdów wwożą i wywożą ludzi i materiały. Komunikaty prasowe kwitują ten wysiłek czterema słowami: „Trwa likwidacja skutków awarii”.
Tuż za granicami miasta zaczynają się bazy polowy wielu przedsiębiorstw. Mijamy parki samochodów ciężarowych, kontenerowe składy magazynowe, leżące pod gołym niebem stosy kratownic, cylindryczne wieże polowych betoniarni… Kilkaset metrów od szosy siadają na tymczasowym lotnisku dwa helikoptery.
W krajobrazie po awarii dominuje technika. Ludzie starają się pracować pod jej osłoną. Ale jak mają osłonić się przed pyłem drogowcy profilujący teren pod drugą nitkę szosy? Albo członkowie ekip dezaktywacyjnych?
Kilka kilometrów za Czarnobylem kompania wojsk chemicznych karczuje przylegający do szosy sosnowy las. Większość żołnierzy pracuje w zielonych respiratorach wielokrotnego użycia. Przyjeżdżają tu z obozów rozłożonych przed wjazdem w zonę. Stan ich zdrowia kontroluje na bieżąco wojskowa służba medyczna i radiologiczna. Każdy żołnierz ma swoją kartę, w której codziennie notowane są dawki przyjętego przez niego promieniowania. Teraz, gdy każdy skrawek zony ma dokładną, stale korygowaną mapę skażenia, wyliczenie tej dawki jest proste: jeśli w danym miejscu tło promieniowania wynosi na przykład 1 milirentgen na godzinę, to (nie wdając się w niuanse metodologiczne i definicyjne) w ciągu jednej godziny przebywania tam organizm otrzymuje w przybliżeniu dawkę 1 milibera. Przebywając w tym miejscu 4 godziny organizm otrzymuje 4 milibery itd.
Oddziały pracujące w zonie składają się prawie wyłącznie z żołnierzy rezerwy, tylko część oficerów to kadra zawodowa. Rozwiązanie to ma wiele zalet, na przykład taką, że żołnierzom rezerwy zakłady pracy płacą potem za okres służby i to według podwyższonych stawek obowiązujących w zonie. Rezerwiści, mężczyźni w wieku 30-40 lat, mają już zazwyczaj dzieci, co likwiduje obawy związane z ewentualnymi następstwami genetycznymi, choć o takich – jak wyjaśnia podpułkownik służby medycznej, dr Paweł Zabrodski – oczywiście w ogóle nic może być mowy!
Podpułkownik Zabrodski, lat 35 – sportowa sylwetka, błyszczące oczy, ogorzała od wiatru twarz, dozymetr w klapie polowego munduru, czapka „ałganka” – jest głównym radiologiem jednego z. sektorów na terenie zony. Ukończył z wyróżnieniem leningradzką Wojskową Akademię Medyczną im. Kirowa. Po kilku latach znowu trafił do tej uczelni na kurs doskonalenia wyższych kadr oficerskich. W zonie pracuje od 1 kwietnia 1987. Przez pierwsze dni natrętnie prześladowały go asocjacje z filmem Andrieja Tarkowskiego pt. „Stalker”.
Rezerwiści, o których zdrowie dba – tacy jak starszy kapral Iwan Bezrukow, lat 34, ślusarz z Charkowa, szeregowiec Władimir Lepichin, lat 38, robotnik z syberyjskiego Kuzbasu i inni – powoływani są na sześć miesięcy. Jeśli wcześniej ich organizm otrzyma dopuszczalną dawkę promieniowania, to wcześniej zwalnia się ich do cywila. W pierwszych miesiącach po awarii dopuszczalna dawka wynosiła 25 berów. Potem obniżono ją do 20 berów, a w rok po awarii praktycznie żaden żołnierz nie mógł mieć więcej niż 15 berów. Praca jest tak zorganizowana, aby żołnierze przebywali w miejscach skażonych tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne, dzięki czemu jedynie nieliczni wyczerpują swój limit berów przed upływem sześciu miesięcy.
Maski na twarzach żołnierzy powodują, że zaczynamy oglądać swoje respiratory. Karasiuk kiwa aprobująco głową, więc rozrywamy pergaminowe torebki i wyciągamy białe kawałki gazy, usztywnione delikatną plastykową konstrukcją i nasączone jakimś roztworem…
Z lewej strony szosy, spowite mgłą, pojawiają się na horyzoncie zarysy Pripiati. Obecnie została ona ogrodzona płotem z drutu kolczastego. Strażacy i żołnierze wymyli dachy i ściany wszystkich domów. Ale dozymetry w dalszym ciągu wykazują świecenie. Na place zabaw, trawniki, klomby nawieziono prawie metrową warstwę żwiru. Odkryte pozostały tylko jezdnie i dojazdy do budynków. W drzwiach wejściowych założono elektroniczne czujniki połączone z komendą milicji. Wjazd do Pripiati wymaga specjalnego zezwolenia. Kilka miesięcy po ewakuacji pozwolono pripiatczanom odwiedzić mieszkania i zabrać niektóre rzeczy osobiste, pamiątki rodzinne, pod warunkiem, że nie są skażone…
Skręcamy w prawo i w tym momencie wyrasta przed nami przysadzisty korpus elektrowni z charakterystycznym kominem w biało-czerwone pasy… Wpatrzeni w rosnącą przed nami najsłynniejszą elektrownię świata przestaliśmy oglądać się na boki. A przejeżdżamy właśnie, zwraca na to uwagę Karasiuk, obok wznoszącej się po prawej stronie, otoczonej rusztowaniami i dźwigami, wielkiej budowli. To nie ukończona, zatrzymana w połowie tak zwana trzecia część Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej – V i VI blok. W ich paleniskach również miały być zainstalowane reaktory RBMK-1000. Po uruchomieniu V i VI bloku elektrownia nad Prypecią byłaby największą elektrownią świata. Nie będzie. Decyzją władz Biura Politycznego i Rady Ministrów ZSRR do końca bieżącej pięciolatki budowa trzeciej części została zawieszona. Społeczność kijowska, a również wielu fachowców z władz, centralnych, uważa, że budowa ta powinna zostać przerwana na zawsze.
Przejeżdżamy most nad kanałem doprowadzającym wodę do chłodzenia reaktora i hamujemy na wielkim asfaltowym placu przed głównym wejściem do elektrowni. W tym miejscu rok temu można było poruszać się tylko pod osłoną pancerza wojskowego transportera, zmniejszającego kilka razy natężenie promieniowania. Teraz to miejsce jest czyste. Karasiuk zachęca do zdjęcia respiratorów. Z ulgą zrzucamy więc maseczki i głęboko wdychamy świeże czarnobylskie powietrze.
Naszym przewodnikiem po elektrowni będzie Nikołaj Karpan, zastępca głównego inżyniera do spraw naukowych. Nikołaj (wysoki, pełen energii czterdziestolatek rodem z Tomska) do awarii pracował w zakładzie bezpieczeństwa jądrowego jako zastępca naczelnika. Ściągnięty do Czarnobyla rankiem 26 kwietnia najpierw zajął się organizacją służb dozymetrycznych, a potem robił wszystko, co trzeba było wówczas robić. „Sprawdził się w najtrudniejszej próbie – powie mi o nim Sierioża Akulinin – więc awansował”. Tak jak wielu innych. Kryteria oceny stały się w Czarnobylu proste i klarowne: to, jak się zachowywałeś w czasie awarii i co robiłeś, żeby zlikwidować jej skutki, mówi, bracie, o tobie wszystko. Bo to była męska próba, jak na wojnie.
„W tym miejscu – Karpan pokazuje ręką na prawo – był park „komsomolski”. Tak go nazywaliśmy, bo drzewa posadziła młodzież w ramach subbotnika. Tu – ręka Koli przesuwa się w lewo – były piękne róże. Wiosną i latem można było czuć się jak w ogrodzie…” Stoimy tyłem do elektrowni. Przed nami, wszędzie, gdzie kieruje nasz wzrok Kola, widać szarą, asfaltową płytę. W ogóle dominuje tu kolor szary. Zresztą „dominuje”, to w tym przypadku określenie nieprecyzyjne. Poza widocznym w oddali brązowym pasemkiem „ryżego lasu” wszystko tu jest bowiem szare.
W ramach prac dezaktywacyjnych zerwano wokół elektrowni metrową warstwę gruntu. Na to miejsce ułożono płyty betonowe i zalano je asfaltem. To w najbliższym sąsiedztwie elektrowni. Trochę dalej od niej na miejsce zerwanego gruntu nawieziono tysiące wywrotek żwiru i tłucznia. Minie sporo lat, zanim wiatr nawieje tu nowej ziemi i wiosną zacznie się zielenić trawa…
Przez bramkę obowiązkowej kontroli dozymetrycznej (zapalają się zielone lampki – droga wolna) wchodzimy do budynku dyrekcji. W żargonie czernobylskich energetyków gmach ten określany jest skrótem ABK-1 (administratiwno-bytowyj kompleks).
W znajdującym się pod nim schronie przeciwatomowym, jedynym stuprocentowo bezpiecznym miejscu na terenie elektrowni, pracował w pierwszych miesiącach sztab akcji ratowniczej. Tu wypoczywali robotnicy po pracy w strefie skażonej. Rolę taksówek dowożących tu ludzi pełniły wojskowe transportery opancerzone… Po zbudowaniu sarkofagu przyszła kolej na dezaktywację pomieszczeń elektrowni. Zerwano tynki, wykładziny, podłogi… Wewnątrz ABK-1 wszystko jest nowe – łącznie z marmurowymi schodami, którymi wchodzimy na drugie piętro do pomieszczeń dyrekcji.
Oszkloną galerią przechodzimy z ABK-1 do głównego korpusu elektrowni. Idziemy „złotym” korytarzem, nazwanym tak przez załogę z powodu „pozłacanych”, metalicznych wykładzin, którymi po dezaktywacji wyłożono ściany i sufit. Długość korytarza wynosiła przed awarią prawie kilometr (teraz, jest krótszy, gdyż część znalazła się w sarkofagu). Po naszej lewej stronie jest długa na prawie 700 metrów hala turbin. Natomiast reaktory znajdują się w wysokich, siedemdziesięciometrowych „przybudówkach” po prawej stronie korytarza.
Najbliżej dyrekcji jest reaktor nr I, najdalej – nr IV (to też szczęście w nieszczęściu, że awaria zdarzyła się w bloku skrajnym, a nie środkowym). Pomiędzy korytarzem a halą turbin zainstalowano sterownie bloków i centralną sterownię mocy. Prowadzące do nich metalowe drzwi zaopatrzono w zamki szyfrowe. Towarzyszący nam inżynier Władimir Ryżych, naczelnik zmiany elektrowni, sforsował je oczywiście bez kłopotu!
Pierwszy blok pracuje pełną parą. Widać to po wskazaniach przyrządów i po dochodzącym zza ścian jednostajnym pomruku turbin. Właśnie taki pomruk słyszała aż do godziny 1.24 w dniu 26 kwietnia 1986 załoga dyżurna IV bloku…
Władimir Ryżych poznaje nas z ludźmi odpowiedzialnymi za pracę bloku: szefem zmiany – Władimirem Chochłowem, starszym inżynierem sterowania reaktorem – Aleksandrem Kiriutinem, starszym inżynierem sterowania blokiem – Nikołajem Markiełowem, starszym inżynierem sterowania turbinami – Wasilijem Rebiecem.
Żeby móc stanąć za pulpitami rozstawionymi w tym półkolistym, klimatyzowanym pomieszczeniu, trzeba, oprócz wykształcenia, mieć odpowiedni staż. Naczelnikiem zmiany można na przykład zostać dopiero po 5-6 latach pracy na bloku. Pensja podstawowa szefa zmiany – 180 rubli, ale comiesięczna wyplata uwzględniająca różne współczynniki dochodzi do 800 – 1000 rubli.
– A więc – mówię głośno – tak wygląda miejsce, w którym doprowadzono do największej awarii w dziejach energetyki jądrowej!
Tak wygląda, gdyż sterownia bloku nr IV była identyczna…”
Refleksje spod sarkofagu
Dziś publikuję ostatni z serii postów, do których zainspirowało mnie przypadkowe odnalezienie zdjęć z wyjazdu dziennikarskiego do strefy wokół Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej w kwietniu 1987, w rok po katastrofie… Napisałem wówczas książkę („Czernobyl. Od katastrofy do procesu”), drukowałem reportaże w „Polityce” i „Sztandarze Młodych”, a proces czarnobylski obsługiwałem dla Polskiej Agencji Prasowej.
Zdjęcia przy tych postach pochodzą z mojego prywatnego czarnobylskiego archiwum i zostały opublikowane po raz pierwszy. Dla mnie mają wartość sentymentalną, ale dla osób zainteresowanych katastrofą i jej skutkami mogą mieć znaczenie dokumentalne…
Wyobraźmy więc sobie wspólnie, że cofamy się na chwilę w czasie. Jest 24 kwietna 1987, późne popołudnie:
„Doszliśmy do sarkofagu od wewnątrz elektrowni, a teraz chcemy zbliżyć się do niego w świetle dnia. – Co za problem? – uśmiecha się Nikołaj Karpan. – Obecnie jest to już całkowicie bezpieczne.
Wsiadamy w wołgę i jedziemy wzdłuż, kanału doprowadzającego do elektrowni wodę chłodzącą. Mijamy kilkuhektarową stację transformatorów, za którą widać resztki „ryżego lasu”. Ale oto już ciemna bryła sarkofagu. Z daleka wygląda tak, jakby pokrywały go płyty ołowiane. Jednak to tylko złudzenie wynikające z tego, że stalowo-betonowe ściany pomalowano ciemnoszarą farbą.
Wychodzimy z samochodu i zbliżamy się do ciemnoszarej ściany. Jest zimno, zaczyna wiać wiatr. To właściwie dobrze, bo takie miejsce nie powinno się kojarzyć z niczym przyjemnym. Dochodzimy na jakieś pięćdziesiąt metrów od sarkofagu. Możemy podejść jeszcze bliżej, ale nie ma to już właściwie sensu, bo moja dziennikarska ciekawość została zaspokojona. Wołodia Diergun nazywa to „efektem prisutswija”. Mówi: – Każdy, kogo tu przywożę, właściwie wie, co zobaczy, ale każdy chce to jeszcze poczuć…
Miejsce, w którym się znajdujemy, było po awarii jednym z bardziej niebezpiecznych. Karpanowi należy wierzyć, gdyż był tutaj już 26 kwietnia po południu. Robił pierwsze pomiary dozymetryczne. Oczywiście, zbliżać się tutaj pieszo byłoby wówczas wielce nierozsądne. Podjechał w transporterze opancerzonym.
========================
Patrzę w górę na czarną pryzmę sarkofagu… Przekażemy go w spadku następnym pokoleniom. Starożytny Egipt pozostawił piramidy, przestrzegające przed egoizmem władzy absolutnej. Helleńska Grecja dała ludzkości rzeźby i kolumny Akropolu, pokazujące możliwości twórczego rozwoju człowieka. My, ludzie z drugiej połowy XX wieku – jak jeszcze do niedawna dumnie lubiliśmy siebie określać – pozostawimy po sobie stalowo-betonową pryzmę czarnobylskiego grobowca.
Miejsce, w którym stoimy, jest szczególne… W Czarnobylu człowiek (i nie jest najważniejsze, że miał on akurat radziecki paszport) przekroczył granice, o których sądził, że są nie do przekroczenia. I oglądając się za siebie zobaczył, jak kruche są podstawy cywilizacji, którą ukształtował. Zdawało nam się, że znaleźliśmy klucz do panowania nad środowiskiem, w którym żyjemy. Zdawało się, że zawsze potrafimy zrealizować to, co zaplanujemy, i uchronić się przed tym, czego nie chcemy.

Buńczuczne zawołanie Kennedy’ego: „Zdobędziemy Księżyc, bo chcemy i jesteśmy w stanie to zrobić” – stało się symbolem determinizmu technologicznego, wyznaniem wiary wielu milionów ludzi na całym świecie. Dzięki technice można osiągnąć wszystko, to tylko kwestia koncentracji sił i środków – wołali kapłani nowej wiary. Gdy coś nie wyszło tak jak chcieli – spadło, zawaliło się, utonęło, spaliło się, zatruło, wybuchło – było pod ręką zaklęcie o „nieuniknionej cenie postępu”. Nie patrzyliśmy zbyt uważnie na ręce naukowcom i inżynierom. A oni, w zadufaniu, też przestali zauważać, że stworzyli nową jakościowo cywilizację… Czarnobyl nas z tej beztroski obudził.
Odmienność katastrofy czarnobylskiej w porównaniu z innymi wcale nie polega na tym, że tu zginęli ludzie, choć śmierć każdego człowieka, a zwłaszcza niewyobrażalna śmierć od napromieniowania, musi w każdym normalnym przedstawicielu naszego gatunku wzbudzać głębokie uczucia żalu i współczucia. Ale przecież, jakkolwiek by to okrutnie zabrzmiało, godzimy się, że na morzach toną statki z marynarzami, skalne zawały przygniatają górników, w prototypach samolotów rozbijają się piloci oblatywacze, giną w zderzeniach pociągów maszyniści, ulegają śmiertelnym poparzeniom pracownicy laboratoriów chemicznych… Przyjmujemy to jednak jako tragiczną wprawdzie, lecz logiczną konsekwencję stylu życia czy zawodu, jaki ci ludzie wybrali. Usprawiedliwiamy swoje sumienie, że ich większe ryzyko zawodowe zostało opłacone wcześniej większymi zarobkami…
Gdyby awaria w Czarnobylu dotknęła tylko załogę dyżurną, też pewnie przeszlibyśmy nad tym do porządku dziennego… Ale promieniujące izotopy wyrzucane z otwartego krateru IV reaktora zagroziły również ludziom nie mającym nic wspólnego z energetyką atomową, ludziom z bliższego i dalszego otoczenia reaktora, przy czym – ponieważ nikt nie mógł określić, gdzie się granice tej dalszej strefy znajdują – poczuliśmy, że wybuch w Czarnobylu zagroził nam wszystkim. A skutecznie ochronić się przed skutkami katastrofy, która zagraża każdemu, można tylko w jeden sposób: poprzez niedopuszczenie do niej…